Młodzi pisarze

Wojewódzki Konkurs Poetycko-Prozatorski "Miłość, Przyjaźń, Dobro" - laureaci 2018

Ewelina Cyman ze Szkoły Podstawowej nr 2 w Luzinie - I m-sce w kategorii poezja w języku polskim

Ojczyzno...

Tyś jedyną słodyczą, której pragnę znów zasmakować
Jak mogę cię przed cierpieniem uchronić czy schować
Tam gdzie mój dom pozostawiłem swe serce i duszę
Jak mam przeżyć tę tęsknoty katuszę
Pragnę powracać do ciebie jak do kochanki każdej nocy
Lecz gwiazdy nie mają już tej samej mocy
Niebo co okrywało twe ziemie z czułością
Widzi jedynie czarne ptaki płynące po nim z wrogością
A na twej ziemi śnieżna gołębica walczy o życie
Gdzie się podziały słoneczne dni, gdy nie karano nas za bycie
Naród nasz niegdyś jak biała róża czystości
Teraz splamiona krwią rodaków walczących z miłości
Tam gdzie schronienie mej młodości
Powstanie spichlerz z naszych kości

 

Magda Jereczek z Gimnazjum Publicznego w Skorzewie – II m-sce w kategorii poezja w języku polskim

 

,,Bogactwo duchowe”
Dobro to coś, co człowieka duchowo wzbogaci,
bez względu na to, czy jesteśmy biedni lub bogaci.
Nie mając dużego majątku
możemy czynić wokół siebie wszystkim dobrze bez wyjątku.
Pomagajmy ludziom, którzy nas otaczają
może dzięki nam dobrą drogę w życiu napotkają.
Czynienie dobra nic nie kosztuję,
ale dzięki temu sporo cennych rzeczy się zyskuję.
Osoby, które nas mijają,
nie zawsze w swych sercach wiele dobra posiadają.
Nie podążajmy ich przykładami,
bo możemy zostać na ostatki życia sami.
Więc niech każdy zapamięta:
czyń wciąż dobrze, nie od święta!

 

Kinga Pobucka ze Szkoły Podstawowej nr 2 w Sierakowicach – III m-sce w kategorii poezja w języku polskim

 

Julia Gorący z Zespołu Szkolno-Przedszkolengo nr 3 w Kościerzynie – I m-sce w kategorii proza w języku polskim

 

ZŁY CZŁOWIEK

Marek Ciaptak był złym człowiekiem.
Wszyscy mieszkańcy naszej wsi o tym wiedzieli. Nienawidził ludzi, zwierząt, słonecznej pogody i wszystkiego co dobre i miłe. Mówiło się nawet, że zamordował żonę.
Marek Ciaptak nigdy nie chciał nikomu pomóc. Nie żeby ktoś prosił go o pomoc, ale gdyby poprosił, ten na pewno by mu odmówił. Nie było więc sensu go o nic prosić.

Odkąd pamiętam, Marek Ciaptak mieszkał na końcu wioski w bardzo dużym domu, w którym dawniej mieszkał pan Krzesimir Krawczyk. Jego dom trochę przypominał mi bunkier, a trochę bajkowy pałac.
Dziadkowie opowiadali, że przyjechał nie wiadomo skąd w 2006 roku, razem z żoną i psem. Tłustym, wiecznie uśmiechniętym beaglem (o ile pies może się uśmiechać). Ten jego pies próbował zaprzyjaźnić się z lokalnymi kotami, ale one uparcie uciekały na jego widok. Zanim ludzie ze wsi zdążyli bliżej poznać Marka Ciaptaka ten, w pierwszych dniach zimy 2007 roku wyjechał razem z żoną i psem. Wrócił wiosną 2008 roku już bez żony. Zamknął się w domu i nie utrzymywał z nikim kontaktu.
Głodny pies biegał po wsi.
Dla plotkarek oczywiste było, że zamordował żonę, a teraz zamierza zagłodzić psa.

Mój dziadek, Tadeusz, kiedy słyszał te wiejskie opowieści przystawał czasem na drodze koło plotkarskiego sabatu i rzucał: „Głupie baby byście lepiej za jakąś robotę się wzięły zamiast plotki opowiadać. Chwasty w ogrodzie trzeba wypielić, pościel wyprać, a te gęgają i gęgają”.
Plotkarki nic sobie nie robiły z jego uwag. Mojego dziadka też uważały za dziwaka, bo nie dość, że z innymi chłopami na wódkę nie chodził, to jeszcze książki kupował.
Zapytałam kiedyś dziadka, dlaczego broni tego dziwaka, Marka Ciaptaka.
Najpierw zezłościł się na mnie, a kiedy mu już przeszło, uśmiechnął się smutno i powiedział:
- Nie wierz ludziom. Z zawiści tak gadają. Pan Marek nie jest zły. Jest niesamowitą osobą. Jest wybitym specjalistą i ... bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Ja obiecałem, że dopóki żyję nie zdradzę jego tajemnic. Słowa zamierzam dotrzymać.

- Dziadek Tadeusz zmarł trzy lata temu, a ja wolałam wierzyć w wiejskie plotki o tym, że Ciaptak z głodu porwał krowę sołtysa i zjadał ją nocami, czy o tajemniczych bandziorach w czarnym BMW, którzy co jakiś czas odwiedzali go, na pewno w jakichś brudnych interesach.
Raz nawet spotkałam ich wracając ze szkoły. Jeden z nich na mój widok powiedział coś - nie zrozumiałam go - a potem sięgnął pod marynarkę, na pewno po broń ! Ze strachu zaczęłam biec, ale za plecami słyszałam ich bandycki śmiech!
Kobiety ze wsi miały rację. Ciaptak był bardzo złym człowiekiem.
O ile pamiętam, on ciągle znikał, zazwyczaj na dwa tygodnie. Na pewno to wtedy załatwiał te swoje ciemne interesy...

Miesiąc temu, do domu Pana Ciaptaka przyjechała karetka. Po chwili wynieśli go na noszach i zabrali ze sobą. Wyglądał na bardzo chorego. Po tygodniu dotarła do nas wiadomość, że Marek Ciaptak zmarł w szpitalu.
Mama, która pracowała w Urzędzie Gminy powiedziała nam, że dostali informację, że Pan Ciaptak nie miał żadnej rodziny, więc jego dom stanie się własnością gminy. Dlatego też, jutro pójdzie do jego domu i pospisuje pozostawiony majątek. Zapytałam, czy mogłabym jej pomóc. Zgodziła się.
Pierwszym co zobaczyłam w domu Pana Ciaptaka, były niesamowite ilości książek na regałach do samego sufitu i ściana z pamiątkowymi tabliczkami w wielu językach. Z tych po polsku i po angielsku zrozumiałam, że były to nagrody zdobyte w konkursach architektonicznych.
Nie znalazłam tabliczki z gorszym miejscem niż drugie.Ledwie zabrałam jedną z książek, a mama zaczęła dyktować spis rzeczy.
No cóż, może jeszcze będzie okazja żeby do niej wrócić.

Okazja nadarzyła się następnego dnia. Do mamy zadzwonił szef i musiała na kilka godzin wrócić do urzędu. Ja miałam na nią zaczekać na miejscu, w domu pana Ciaptaka.
Pomimo wielu książek nie znalazłam nic, co chciałabym przeczytać. Sama poważna literatura nieznanych mi autorów. W dodatku znaczna jej część była pisana po francusku i angielsku. Zniechęcona wróciłam do laptopa, planowałam zająć się komputerowym pasjansem.
Wtedy moją uwagę zwrócił duży, czerwony zeszyt. Pokrywała go warstwa kurzu. Otworzyłam go.
Był zapisany gęstym pismem przypominającym bardziej pismo techniczne, niż odręczne. Spojrzałam na górny lewy róg kartki. „Marzec 2006”. Zaczęłam czytać.

15 marca 2006
Wyjechałem z Warszawy. Miałem wrażenie, że całe życie mi się rozpada. Budowana ciężką, wieloletnią pracą, kariera architekta zawaliła się wraz z moim ostatnim budynkiem.
Nikt nie chciał słuchać, że centrum handlowe zbudowano niezgodnie z moim projektem i z gorszych materiałów niż te, które zaleciłem. Wprawdzie w sądzie udowodniłem, że to nie była moja wina, ale klienci i tak stracili do mnie zaufanie.
Nikt już nie chciał kupować projektów mojej firmy, popadłem w długi. Sprzedałem cały majątek, żeby je pokryć . Komornik zajął mi mieszkanie, przyjaciele odwrócili się ode mnie.
Nie miałem już przyjaciół.
Musiałem jak najszybciej wyjechać z tego miasta, w którym spotykały mnie same nieszczęścia.
Zostanę pisarzem, lub malarzem. Nie znam przypadku, żeby ktoś zginął od nudnej książki, czy brzydkiego obrazu.
Razem z żoną Marysią postanowiliśmy przenieść się do domu po moim ojcu, który kiedyś dla niego zaprojektowałem. Nie noszę jego nazwiska, bo po rozwodzie rodziców dostałem nazwisko mamy.
Przyjechaliśmy więc na wieś, gdzie panuje spokój i cisza. Do miejsca, gdzie będę mógł do woli tworzyć swoje arcydzieła, za które potem dostanę nagrodę Nobla, albo je powieszą w Luwrze...

17 lipca 2006
Diagnoza lekarzy jest okrutna. Niedawno odkryta choroba Marysi bardzo szybko się rozwija i wyniszcza ją w zastraszającym tempie. Standardowa terapia nie odnosi żadnego skutku...
Wprawdzie Marysia uśmiecha się i mówi, że czuje się lepiej, ale ja wiem, że w ten sposób próbuje mnie jedynie pocieszać...
Podobno w szwajcarskich szpitalach stosują jakąś eksperymentalną terapię przynoszącą dobre wyniki. Wygrałem kiedyś konkurs na projekt nowej siedziby jednego z banków w Zurichu i Centrum Rehabilitacyjnego.
Napiszę do nich, może uda mi się zorganizować fundusze na wyjazd.

4 luty 2007
Nie mam już po co żyć. Również szwajcarscy lekarze byli bezradni. Marysia zmarła tydzień temu. W naszej ostatniej rozmowie prosiła, żebym się nie zamartwiał i wrócił do swojej pasji, do projektowania. Kiedy powiedziałem, że bez niej to wszystko nie ma sensu, ona odpowiedziała, że ma tylko ja go nie widzę. Powiedziała też, że Kali się mną zaopiekuje. Pomyślałem że chodziło jej o to żebym ja zaopiekował się naszym psem Kalim, tylko znowu ma atak gorączki.

3 maj 2008
Wróciłem do Polski. Nie wychodzę z domu. Nie kontaktuję się z ludźmi, bo i po co.
Psułbym im tylko humor. Jedzenie przywożą mi z baru Pana Marcysiaka. Nie mają tam wielu klientów, więc przeważnie przyjeżdża do mnie sam właściciel. Sympatyczny, oczytany, starszy ode mnie o kilka lat. Lubię z nim rozmawiać. Tadeusz Marcysiak, to mój jedyny kontakt ze światem, opowiada mi o sąsiadach, ich kłopotach i radościach.
Nawet Kali ma dosyć mojego towarzystwa, bo znika gdzieś na całe dnie. Jednak kiedy wstaję w nocy, spotykam go warującego przy drzwiach wyjściowych.

13 czerwca 2008
Właśnie zdałem sobie sprawę, że od miesiąca nie karmiłem Kalego. Pewnie to dlatego ciągle znikał...
Przypomniałem sobie, że z początku wystawiał pustą miskę na środek pokoju i wpatrywał się we mnie znacząco tymi swoimi wielkimi oczami. Kiedy nie zareagowałem, postanowił sam zdobywać pożywienie. W pierwszej chwili przestraszyłem się. Przecież to pies myśliwski, pewnie poluje na tutejsze kury i kaczki, a to nie spodoba się rolnikom. Tadeusz uspokoił mnie. Nic z tych rzeczy – powiedział - twój pies brzydzi się przemocą. Na początku dbał o sylwetkę kotów państwa Wesołowskich, bo wyżerał im połowę obiadu. Gdy ich córka, Hania, nakryła go na tym, to zaczęła go po kryjomu dokarmiać. Państwo Wesołowscy dość szybko zorientowali się, że mają dodatkową gębę do wyżywienia. Postanowili nie robić córce przykrości, powiedzieli więc, że dopóki zamierza karmić tego darmozjada, to może legalnie korzystać z zapasów, nie musi ich wykradać.
Kali, jako stworzenie honorowe, po pewnym czasie uznał, że nie będzie jadł za darmo, więc zaczął wieczorami zaganiać Wesołowskim kury do kurnika. Podobno tak się w tym wyspecjalizował, że pozwolono mu to robić samodzielnie.
Po służbie jednak wracał każdego dnia do mnie, pilnować mojego spokojnego snu.

2 stycznia 2009.
Mroźna zima spowodowała, że opał skończył mi się dużo wcześniej niż planowałem. Dałem pieniądze Tadeuszowi i poprosiłem o pomoc. Obiecał, że się tym zajmie.
Po południu zauważyłem, że Kali ,który był bardzo pogodnym psem, wpatruje się smętnie w okno nie reaguje nawet wtedy, gdy zachęcam go do wskoczenia na mój fotel...

4 stycznia 2008.
Dzieje się coś nie tak z moim psem. Nie wygląda na chorego, ale od dwóch dni nie wyruszył do swojej pracy, tylko leży przed drzwiami i patrzy na mnie tak smutno. Kiedy Tadeusz przywiózł węgiel zapytałem go, czy we wsi zdarzyło się coś przygnębiającego. Odpowiedział, że Hania Wesołowska zachorowała na obustronne zapalenie płuc z powikłaniami, a leki, które mogłyby jej pomóc są w Polsce niedostępne, a już na pewno nie są ich w stanie zdobyć Wesołowscy.

5 stycznia 2008
Napisałem do Jürgena z Monachium, z którym kiedyś pracowałem nad projektem domu pewnego milionera z zapytaniem, czy mógłby załatwić lekarstwo. Odesłał mi kilka opakowań leku informując, że jestem mu winien pomysł na wykończenie tarasu muzeum miejskiego nad którym to projektem pracuje bezskutecznie od dwóch miesięcy. Tadeusz zaniósł leki Wesołowskim. Prosiłem go, aby nie mówił skąd je ma. A ja, zasiadłem do stołu kreślarskiego.
Projekt tarasu był moim pierwszym od czasu ucieczki z Warszawy.

12 stycznia 2008
Stan Hani Wesołowskiej poprawił się w ciągu kilku dni.
Kali odzyskał humor i apetyt oraz chęć zaganiania kur. Przysiągłbym, że patrzył na mnie z wdzięcznością. Chyba w nagrodę zaczął mi przynosić codziennie aktualną gazetę. Jak wyjaśnił mi Tadeusz, teraz zaganiał również kury Wandzie Kowarskiej prowadzącej wiejski sklep spożywczy, w którym sprzedawała również codzienne gazety.

24 kwietnia 2008
Samochód Pani Kowarskiej odmówił posłuszeństwa, o czym Kali poinformował mnie przynosząc gazetę motoryzacyjną zamiast codziennego dziennika. Tadeusz, na moją prośbę, zabrał jej samochód do miasta. Wytłumaczył, że po starej znajomości mechanik zrobi taką naprawę za grosze. Pani Kowarska z ulgą zapłaciła należne 20 złotych. Dopłaciłem pozostałe dwa tysiące.

7 lipca 2008
W końcu mamy lato.
Nadal nie mam ochoty rozmawiać z nikim z wioski oprócz Tadeusza, ale nie spędzam już całych dni tylko w domu. Rano, robię śniadanie dla siebie i Kalego, a potem ruszamy na pobliskie łąki, łapiąc promienie lipcowego słońca.
Całe okoliczne bydło zna już Kalego i wita go radosnym porykiwaniem, ilekroć wkroczymy na jego teren. Jako towarzysz psa, jestem uprzejmie tolerowany, choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdybym chodził sam już dawno wylądowałbym na rogach. Po południu rozdzielamy się. Ja wracam do domu i oczekuję na mój obiadowy catering. A Kali, jak zwykle jada „na wsi.
Wiem od Tadeusza, że moje psisko stało się tak popularnym i docenianym pomocnikiem, że to on decyduje komu łaskawie da się nakarmić. Przy tym stał się wybredny. Wystarczy, że poczuje z kuchni zapach, który mu nie odpowiada, znika momentalnie, biegnąc do kolejnego gospodarza, który być może zaoferuje lepsze przysmaki. Trzeba jednak przyznać, że pracuje u każdego solidnie.
Raz udało mi się podpatrzeć, jak u naszych sąsiadów najpierw przystąpił do konsumpcji, a po dwóch gryzach chwycił miskę w zęby i demonstracyjnie z wysoko uniesioną głową zaniósł ją kotom! Koty natychmiast wzięły się do jedzenia, bały się pewnie, że ich dobroczyńca może się rozmyślić. Nie ma co, pański pies.

12 listopada 2008
Wróciłem do projektowania.
Po pierwsze, dlatego że popołudniami nie mam co robić. Kali robi swój obchód, a Tadeusz wraca do rodziny. Po drugie dlatego, że spodobało mi się anonimowe pomaganie potrzebującym, a to niestety kosztuje. Całe szczęście, moje nazwisko nadal coś znaczy w świecie architektów, dostaję więc dobrze płatne zlecenia, a że moje potrzeby są niewielkie, mogę na pomoc przeznaczać naprawdę spore sumy. Generalnie preferuję kontakt internetowy.
W październiku przyjechali do mnie przedstawiciele hiszpańskiego dewelopera budowlanego z którymi ubiłem naprawdę dobry interes. Jednak ich oficjalny ubiór i limuzyna bardzo przestraszył wnuczkę Tadeusza. Poprosiłem, żeby więcej nie przyjeżdżali, a jeżeli będzie to konieczne, to żeby nie wyglądali jak pracownicy firmy pogrzebowej. Manuel Bias roześmiał się i obiecał, że następnym razem włożą stroje torreadorów.
Wnuczka Tadeusza obchodzi mój dom szerokim łukiem.

6 stycz.....

Skrzyp otwieranych drzwi przywrócił mnie do rzeczywistości. Mama wróciła z pracy. Wyglądała jak solidny bałwan śniegowy. Otrząsnęła się w korytarzu z białego puchu, zatarła zmarznięte ręce i wkroczyła do pokoju.
Zaczytana, nie zauważyłam nawet, że za oknem śnieg zaczął sypać wielkimi płatami zmieniając naszą wioskę w taką z widokówek świątecznych.
Mama spojrzała na zeszyt, który trzymałam na kolanach.
- Co czytasz ?
- Nic takiego – nie wiem czemu skłamałam? – Jakieś zapiski dotyczące planowanego remontu.
- Aha. Plany remontu starego domu sąsiada zaciekawiły cię tak bardzo, że nie usłyszałaś swojej matki mimo, że hałasowałem jak hipopotam skaczący na bębnie? Pokaż mi ten zeszyt córciu. Z chęcią poczytam o remontach.
Oddałam mamie zeszyt. Mama chwyciła go w ręce, otworzyła na przypadkowej stronie i zaczęła czytać.
Najpierw dostrzegłam ogromne zdziwienie na jej twarzy, a potem oczy zaczęły jej się robić większe niż szkła okularów które nosiła. Parsknęłam śmiechem, ale nawet nie zwróciła na mnie uwagi. Odłożyła otwarty zeszyt na stół i zamyśliła się patrząc gdzieś daleko za okno.
- Wiesz co, niewiele wiemy o Marku Ciaptaku.
Skinęłam głową na potwierdzenie.
- I dziadku Tadeuszu.
Skinęłam ponownie. Nagle jakby wyrwana ze snu mama zmieniła temat.
- Będziemy się zbierać. W piekarniku mam obiad do odgrzania. A i weź ze sobą ten ... remont
Gdy zaczęła się ubierać zerknęłam ciekawie w zeszyt na otwartej stronie.

4 maja 2010r.
Uciąłem sobie dłuższą pogawędkę z Tadeuszem. Pierwszy raz podzielił się ze mną swoim problemem. Jego zięć stracił miesiąc wcześniej pracę, firma w której pracował ogłosiła upadłość.
Pomimo, że cała rodzina robiła co mogła żeby mu pomóc, nie mógł znaleźć nowego zajęcia.
W naszej okolicy nie było po prostu nikogo, kto potrzebowałby człowieka z jego kompetencjami. Mówił wprawdzie swobodnie w trzech językach, skończył specjalistyczne kursy i studia podyplomowe, ale taki specjalista nie był potrzebny na naszym terenie. A do Warszawy było ponad 100 kilometrów. Obiecałem że popytam.

7 maja 2010
Powiedziałem Tadeuszowi, że hiszpańska firma budowlana planuje otworzyć oddział w Warszawie i dużo by dali za człowieka orientującego się w polskich przepisach i procedurach, który potrafiłby im je wytłumaczyć w ich języku.

Przypomniałam sobie tamten okres. Przez rok tata pracował w Warszawie i odwiedzał nas tylko w weekendy, a i to nie zawsze. Bardzo za nim tęskniłam. W końcu zwolniło się miejsce pracy w Urzędzie Gminy, a tata otrzymał tak pochlebne referencje od międzynarodowej firmy, że przyjęto go od razu.
Więc również nasza rodzina zawdzięczała bardzo wiele Panu Markowi Ciaptakowi.

Ostatnia strona w zeszycie - 15 czerwca 2010 – była poświęcona zranionej przez Kalego łapie. Miało się to stać podczas bójki z kotami z innej wsi.
Ponieważ nie było wzmianki, że autor kończy pisanie pamiętnika podejrzewaliśmy z mamą, że musi być jakiś kolejny zeszyt. Jednak chociaż przeszukaliśmy cały dom, nie udało się go znaleźć.

Kiedy mama skończyła spis i chciała zamknąć dom, po raz pierwszy pojawił się, nie wiadomo skąd Kali. Stanął przy drzwiach wejściowych, machając przyjacielsko ogonem i uderzając rytmicznie łapą w ich dolną część. Kiedy mama spróbowała przekręcić klucz w zamku pies zaczął powarkiwać.
-No dobrze już, dobrze - powiedziała mama do psa - otworzę drzwi. Masz 5 minut na pożegnanie się z domem.
Kali wrócił po trzech minutach, w pysku trzymał gruby oprawiony w czarną skórę kalendarz. Otworzyłam go na pierwszej stronie. Od razu poznałam staranne, odręczne pismo Pana Ciaptaka.

24 Października 2016r.
Zdrowie już nie to co dawniej. Oczy i pamięć niestety też nie te. Wczoraj nadszedł pierwszy zimny wieczór tego roku. Wziąłem się więc za rozpalanie ognia. Gdy płomień w kominku rozjaśnił salon zorientowałem się, że użyłem ostatnich dwóch tomów mojego pamiętnika.
Cóż, stało się. Nie będę odtwarzał komu jeszcze udało mi się pomóc i tak nie zamierzałem się tym komukolwiek chwalić. Chociaż miałem taki pomysł, że może pozmieniam fakty i nazwiska i może powstanie z tego pamiętnika książka?
Kali zachowuje się od dwóch dni bardzo dziwnie. Biega poddenerwowany po wsi strzygąc uszami jakby u Gałkowiaków wydarzyło się coś bardzo złego. Nie ma już od kilku lat Tadeusza, więc nie wiem co się dzieje. Nauczyłem się jednak nie lekceważyć przeczuć mojego psa. Mam nadzieję, że tym razem się myli...
Niepokoi mnie fakt, że podczas naszego tradycyjnego spaceru dwa tygodnie temu, przeziębiłem się paskudnie. Do tej pory kaszel mi nie minął. Czasem wydaje się, jakby się pogarszał. Domowe leki nie działają. Kali nie odstępuje mnie na krok, w jego spojrzeniu widzę smutek jakby... on chyba żegna się ze mną... Czyżby chciał mnie opuścić?

Na pogrzebie pana Marka Ciaptaka nie było wielu osób. Po przeczytaniu ocalałej części pamiętników mama uznała, że powinniśmy iść go pożegnać choć prawda jest taka, że prawie go nie znaliśmy.

Większość mieszkańców była pochłonięta tragicznym pożarem jaki wybuchł w naszej wsi.
W domu pani Gałkowiak (jednej z największych plotkarek, tej samej którą dziadek upominał za roznoszenie niemądrych plotek o Marku Ciaptaku) wybuchł piec centralnego ogrzewania. Ogień rozprzestrzenił się tak szybko, że zanim przyjechała straż pożarna z domu nie zostało prawie nic.
Pani Gałkowiak mieszkała razem z córką, zięciem i trójką wnuków.
Wprawdzie Urząd Gminy zapewnił im wszystkim tymczasowy nocleg w świetlicy wiejskiej, ale na dom, czy chociaż mieszkanie zastępcze nie było szans. Odbudowa, a tak właściwie to budowa na nowo domu trwałaby bardzo długo i kosztowała naprawdę sporo, a pieniędzy Gałkowiakowie nie mieli.

Wtedy znów pojawił się Kali.

Jak poprzednio do swojego domu, tak teraz domagał się wejścia do naszego. Wpuściłam go. Z nosem przy ziemi i ogonem zadartym niczym samochodowa antena węszył po domu czegoś szukając. W końcu znalazł trop. Ruszył biegiem do naszego salonu by po chwili powrócić z kalendarzem. Położył go przede mną, poszczekując. Gdy zorientował się, że nie wiem o co mu chodzi zrobił minę w stylu „ludzie, jak zwykle nic nie rozumieją” i zaczął przerzucać nosem kolejne kartki. Wzięłam od niego kalendarz i zaczęłam przeglądać strona po stronie Na przedostatniej karcie znalazłam taki oto tekst:

Testament sporządzony w dniu 1 listopada 2016r.
Ponieważ mam powody (w które i tak nikt by nie uwierzył) żeby podejrzewać, że pani Marii Gałkowiak zamieszkałej w naszej wsi może wydarzyć się nieszczęście. Zapisuję jej w spadku mój dom wraz z wyposażeniem, z wyjątkiem książek, te proszę przekazać gminnej bibliotece.
Marek Ciaptak

Pokazałam tekst rodzicom. Popatrzyli na mnie, na tekst, na psa, na mnie, na tekst, na psa. Po chwili mama stwierdziła, że zrobi wszystkim kawę (niektórym czekoladę), bo to pomaga myśleć. Gdy już siedzieliśmy ze szklankami ciepłego napoju, tata powiedział:
- Wygląda mi to na prawidłowy testament. Pokażę go oczywiście, radcy prawnemu, a jeżeli on to potwierdzi to rodzina Gałkowiaków będzie mogła się wprowadzać do dawnego domu Marka Ciaptaka. Następnie spojrzał z uśmiechem na Kalego.
• Dobry pies, wiedziałeś że twój pan uwierzy w twój instynkt? Ty przeczuwałeś nieszczęście u Gałkowiaków?
• Hau,hau - odszczeknął Kali i zamerdał ogonem.
• Słuchaj, a masz ochotę z nami zamieszkać? – zapytała mama.
• Hau, hau – tym razem zamerdał nieco dłużej.
• No to załatwione – stwierdzili oboje rodzice niemal równocześnie i uśmiechnęli się.

Testament był prawidłowy i po dwóch tygodniach Gałkowiakowie wprowadzili się do starego domu Marka Ciaptaka. Pani Galkowiak przestała na kilka miesięcy plotkować. Jednak, gdy minęło pół roku, zaczęła opowiadać wszystkim że w tym domu widzi i słyszy czasami głosy zamordowanych członków mafii.
Niektórzy nigdy się nie zmieniają.

Kali dalej pomagał mieszkańcom w domowych pracach. Popołudniami wyruszaliśmy na spacer po okolicznych łąkach, Kali zawsze szedł dokładnie tą samą trasą, nie schodził z niej na krok. Podejrzewałam, że tędy wędrował ze swoim starym Panem.

Któregoś dnia zapytałam mamę przy kolacji, czy nie warto byłoby ujawnić pamiętników Pana Ciaptaka, w końcu zrobił tyle dobrego. Mama stwierdziła że to chyba nie najlepszy pomysł, biorąc pod uwagę, że ich autor nie chciał chwalić się swoimi uczynkami. Poza tym ludzie wolą wierzyć, że do wszystkiego doszli sami, jednak po chwili dodała:
• Wiesz co, z tego pamiętam Pan Ciaptak miał zamiar napisać książkę opartą na swojej historii. Nie mamy wprawdzie dość materiału na jej napisanie, ale na opowiadanie byłoby w sam raz. Spróbujesz ?
• Hau, H...., znaczy tak.

 

Natalia Kwidzińska ze Szkoły Podstawowej nr 2 w Luzinie – II m-sce w kategorii proza w języku polskim

 

„Anioł w postaci człowieka.”

Zapach chemikaliów drażnił mu nozdrza, przez jaskrawe światła miał zaczerwienione oczy. Wytarł rękawem bluzy łzy, które spływały mu po policzkach. To już siódmy, albo ósmy sklep z drogimi butami, który dzisiaj widzi. Różnego rodzaju szpilki, trampki i sandały, wszystkie utrzymane w beżowych kolorach z dziwnymi dodatkami lub posypane brokatem. Miał wrażenie, że firmy prowadzą walkę o ceny, ponieważ sam produkt nie różnił się zbytnio jakością, ani samym wyglądem. Jedyne zmiany jakie można było zauważyć to właśnie w cenie. Nie potrafił zrozumieć dlaczego ktoś byłby w stanie wydać taką sumę pieniędzy na obuwie. Dlaczego więc niósł trzy ciężkie torby wypełnione markowymi produktami najlepszych firm na rynku?
Poznał w swoim życiu niejednego bogacza i przekonał się jacy to nie są "niezwykli". Kiedy ostatnio podczas dyżuru przechadzał się po szpitalu zainteresował się starszą panią, która prosiła go o wodę. Mimo stanu w jakim się znajdowała miała na sobie makijaż, a włosy były zaczesane jakby właśnie wróciła od fryzjera. Śnieżnobiałe futro miało swoje miejsce na krześle przy łóżku. Nie miała go na sobie tylko dlatego bo nie chciała, aby się pobrudziło. Podczas jego krótkiego pobytu w pokoju nr 10, gdzie znajdowała się nowopoznana kobieta zdążył się nasłuchać o jej przeszłości oraz jakże okrutnym mężu, który ostatnio zamiast wymarzonej torby z Lui Viton podarował jej bilet na statek. Okazało się, że ma zamiar zabrać ją na Dominikany, przez co groteskowa pani była najwyraźniej oburzona. Wyzywała męża i skarżyła się na niego niemiłosiernie. Oczywiście nie obeszło się bez żalenia na tutejsze jedzenie, twarde łóżka czy nawet same pielęgniarki. Tymczasem chłopak jako zwykły wolontariusz, który dorabiał w sklepie spożywczym nie mógł pochwalić się bogactwem. Jego portfel w obecnym stanie był całkowicie pusty, nie licząc paru groszy na obiad. Często zastanawiał się jak wyglądałoby jego życie, gdyby się bardziej przykładał do nauki. Mimo tego, że nie mógł narzekać na zniszczone dzieciństwo przy książkach, wolał jednak żyć teraz w bogactwie i mieć wszystko pod dostatkiem. Może nawet też mógłby teraz narzekać na swoją małżonkę, bo kupiła mu ferrari zamiast butów od McQueena, o których tak często wspominał przy ich wykwintnych kolacjach w ulubionej restauracji.
Uważnie słuchał reszty monologu wymyślnej pani, dowiedział się, że powodem jej pobytu w szpitalu jest starszy pan w pokoju obok, nazywa się Stephan. Mieli okazję poznać się wcześniej. Opowiadał, że policja już któryś raz odebrała mu prawo jazdy jednak nie miał zamiaru się poddać. Chciał przezwyciężyć starość i pokazać młodym ludziom, że trzeba w pełni korzystać z życia.
Natomiast kiedy chłopak pytał o powód pobytu, pacjent spuścił wzrok i tłumaczył się bólem głowy. Nastolatek jak to miał w zwyczaju nie miał zamiaru dopytywać, rozumiał, że jego towarzysz nie będzie chciał mu tego wyjaśnić, więc już nic więcej nie powiedział.

Słońce świeciło już od rana, w końcu była połowa sierpnia. Oczekiwana spiekota nastała akurat w ten dzień kiedy miał dyżur na zatłoczonych ulicach Warszawy. Zgłosił się na ochotnika, aby zbierać pozostawione śmieci. Lubił obserwować ludzi, a takie zajęcie jest do tego wręcz stworzone. Upał jednak nie pozwolił o sobie zapomnieć do wieczora.
Tysiące ludzi przechodziło koło niego bezinteresownie, jakby go tam nie było. Gdyby wcale nie istniał taki człowiek, który czyści chodniki, po których później mogą swobodnie chodzić, bez narzekania na brud lub papiery, które przyczepiły się do podeszwy ich czarnego pantofelka. Niektórzy specjalnie rzucali resztkami w jego stronę, inni pomagali mu wyrzucając je do kosza. Wśród wszystkich tych ludzi i twarzy, których nie był w stanie zapamiętać była jedna kobieta, którą zapamięta do końca życia. Był wtedy w pozycji klęczącej, więc pierwsze co zauważył to drogie buty na obcasie z czerwoną podeszwą, które nikczemnie zostały mu podstawione pod nos. Podniósł wzrok, aby lepiej móc się przyjrzeć osobie, która postanowiła pochwalić się obcemu człowiekowi obuwiem. Właścicielką wspomnianych szpilek była kobieta w średnim wieku, patrzała na niego z pogardą, gorzej niż na niektóre śmieci, jakie się tu walały. Trzymała za rękę swojego synka, który widocznie wcale nie miał w ten dzień ochoty na zakupy. Kręcił się i wierzgał, wszystko, aby tylko wyrwać się z uścisku matki. Ona natomiast zupełnie niezainteresowana zachowaniem swojego dziecka zwróciła się do niego.
-Widzisz, Tadeusz? Skończysz w ten sposób, jeśli nie będziesz się uczył. Nie chcesz zbierać śmieci z chodnika, prawda?-Chłopiec energicznie pokręcił głową i bardziej zmrużył oczy nie przestając szarpać. Kobieta odchodząc posłała klęczącemu arogancki uśmiech i "przez przypadek" nadepnęła mu na rękę swoim 10-centymetrowym obcasem.
Mark był niegdyś zaistniałą sytuacją bardzo oburzony. Zrezygnował z dyżuru na miesiąc i postanowił nie pokazywać się więcej w centrum. Odkąd jednak poznał Marry przestało go takie zachowanie denerwować. Zawsze, gdy spotykał tego typu ludzi robiło mu się ich żal. Żal, ponieważ nie mogą w pełni docenić życia. Pragnął, aby każdy poznał takiego człowieka jakim jest jego droga koleżanka. Chciał, aby zrozumieli ból i udrękę jaką stanowi niemoc. Niemoc jaką jest ingerowanie w sprawy wyższe.

Z przemyśleń wyrwał go aksamitny głos jego przyjaciółki
-Mark, chodź! Bo zamkną mój ulubiony sklep.-każdy sklep był tego dnia jej ulubionym.
Chłopak przyśpieszył kroku, nie chciał zostawać z tyłu. Siatki z zakupami robiły się coraz cięższe, a jego ręce traciły na sile, jednak nogi stawiały mimo woli coraz większe kroki, wiedział, że muszą zdążyć do jej ulubionego sklepu. Ostatniego sklepu tego dnia.
Jeszcze przed chwilą cieszył się, że te zakupy się skończą. Był wyczerpany do szpiku kości, marzył o ciepłym i wygodnym łóżku. Na krótki moment zapomniał dlaczego tu jest i dlaczego nie powinien się cieszyć, że ten dzień dobiegnie za chwilę końca.
Znalazł się obok koleżanki i zwolnił nieco widząc, że ona jest równie zmęczona.
-Co tym razem sobie tam kupisz, Marry?-zadał pytanie choć zbyt dobrze znał odpowiedź. Chociaż na chwilę chciał udawać, że są na zwykłych zakupach w weekend i jako dwaj przyjaciele chcą się zrelaksować po ciężkim dniu w uczelni.
-Przecież dobrze wiesz, że marzy mi się ta biała, tiulowa sukienka, którą pokazywałeś mi w gazecie wczoraj wieczorem.-uśmiechnęła się do towarzysza i ukazały się jej proste, białe zęby. Mark kochał ten uśmiech, zawsze, gdy przychodził do niej w odwiedzinach witała go tym samym olśniewającym uśmiechem, przez który robiło mu się ciepło na sercu.
Ich krok się zrównał, szli jak jedność, chociaż byli swoim przeciwieństwem. Ona zawsze uśmiechnięta, zdolna dziewczyna, młodsza od niego o rok. Jest na drugim roku liceum, którego dokańcza na zajęciach indywidualnych w szpitalu. Chodziła na zajęcia taneczne przez dwa lata i ukończyła je z certyfikatem. On natomiast nie mógł nazywać się chodzącym ideałem. Brązowe włosy zawsze w nieładzie, poszarpane spodnie i stare bluzy, które nosił praktycznie codziennie nadawały mu ponury wygląd. Nie potrafił wydawać ciężko zarobionych w późnych godzinach wieczornych pieniędzy. Nie miał w zasadzie przyjaciół oprócz pacjentów, z którymi potrafił rozmawiać całe dnie.
Przez następne parę minut szli w ciszy, ale była to przyjemna cisza, wiedzieli, że potrafią zrozumieć się bez słów, ponieważ wydawały się one zbędne. Często spotykali się tylko dlatego, aby ze sobą pobyć. Przez ostatnie miesiące, w których Marry przebywała w szpitalu zdążyli się poznać na wylot. Wiedzieli o sobie wszystko, jakby znali się całe życie. Podczas ich codziennych rozmów dziewczyna opowiadała różne historie pacjentów, a Mark mówił o tym co działo się w szkole lub podczas jego pracy dorywczej. Marry kochała słuchać tych z reguły nudnych historii. Chłopak natomiast próbował je opowiadać jakby były największą przygodą jego życia. Chociaż nawet gdyby przestał to robić to nastolatka wsłuchiwałaby się z takim samym zapałem jak przedtem.

W sklepie pachniało wanilią, tylko ten zapach kojarzył mu się z Marry. Miał wrażenie, że to właśnie dziewczyna go tu wniosła, razem ze swoją niezwykłą aurą. Podbiegła do półki ze spodniami, mimo że kupiła tego dnia aż cztery pary.
Mark obserwował ją dokładnie. Kiedy skończyła się im przyglądać podeszła do wieszaków z czarnymi bluzkami. Nie spodobały się jej, bo były czarne. Nienawidziła tego koloru, kojarzył jej się ze śmiercią. Miała świadomość o swojej chorobie i tym co w najbliższej przyszłości może ją spotkać, ale nie dopuszczała do siebie tych myśli. Na chwilę obecną starała się być szczęśliwa. Jakby nic złego nigdy nie miało się wydarzyć, a ona była całkowicie zdrowa. Właśnie za to podziwiał ją jej przyjaciel. Dziewczyna pomimo wielkich trudności w życiu nigdy nie traciła nadziei. Na koniec zostawiła sobie najlepsze, czyli dział z sukienkami. Właśnie po to tu przyjechali, po zwykłą, tiulową sukienkę, którą można było kupić nawet w wielobranżowym sklepie. Jednak w oczach dziewczyny ta sukienka stanowiła nadzieję. Nadzieję na piękny sen.
Delikatnie ją wyjęła, aby przyjrzeć się czy spełnia wszystkie jej wymagania. Po chwili się uśmiechnęła. Czyli jest idealna.
Właśnie zmierzała w stronę przebieralni, ale odwróciła się na pięcie do swego towarzysza.
-Chodź ze mną, powiesz mi czy ładnie w niej wyglądam.-Znów podarowała mu ten boski uśmiech, podczas takich chwil czuł się wręcz zbawiony. Jakby sam anioł podał mu rękę i pogładził po policzku.
Mark miał świadomość, że jego przyjaciółka będzie wyglądać w sukience olśniewająco, chociaż nawet jeśli by tak nie było to chłopak powiedziałby to samo. Przymierzalnia była utrzymana w chłodnych barwach, ściany pomalowane na biało. Gdzieniegdzie wisiały plakaty przedstawiające fotografie miasta.
Wystrój przypominał mu szpital, ale brakowało jednej bardzo istotnej rzeczy. Odgłosów płaczu i zapachu medykamentów, dźwięk szlochania i wycia na zawsze pozostanie w jego głowie. Niezapomniane obrazy starszych, chorych ludzi, których musiał żegnać będąc tylko wolontariuszem.
Nie, tak naprawdę nie musiał. Chciał.
Miał wrażenie, że ci ludzie go potrzebują. Jakby w jego obecności ich dusza w spokoju opuszczała ciało i kierowała się prosto do Boga. Pacjenci byli jego przyjaciółmi, od lat odwiedzał chorych w różnym wieku.
W poniedziałki pomagał w oddziale dziecięcym, gdzie poznał wiele uroczych duszyczek. Zawsze uśmiechnięte, rozpromienione twarzyczki witały go przy wejściu oraz obdarowywały miłością i ciepłem.
We wtorek odwiedzał osoby starsze z oddziału neurologii i chirurgii. Przed przyjściem musiał się psychicznie przygotować. Uświadamiać sobie, że osoba, z którą rozmawiał tydzień temu, której ostatnio zmienił opatrunek może już nie być między innymi. Odczuwał niesamowitą ulgę, kiedy przechodząc obok każdego z pokoi nie zauważył pustych łóżek. Ani razu nie był w pełni spokojny, nigdy nie był pewny czy na pewno wszystkich przywitał lub czy może przy jego następnej wizycie nie będzie miał już do tego okazji.
Szara zasłona się odsunęła, a jego oczom ukazała się szczupła dziewczyna o niebieskich oczach. Tak jak się tego spodziewał, sukienka wyglądała na niej cudownie. Ciało blondynki było w nieszczęsnym stanie. Jej niegdyś aksamitne, wręcz złote włosy były przerzedzone, ledwo mogła z nich zrobić kucyka. Jej oczy, które kiedyś posiadały czystą niebieską barwę, przypominały mu dawniej o wieczornym falach na morzu, były teraz jaśniejsze, słabsze, jak gdyby wraz ze zdrowiem straciły swoją moc. Skóra zrobiła się blada, przybrała odcienie szarości.
Chude nogi, przyozdobione różnego rodzaju skaleczeniami nie odbierały jej uroku, tak samo jak posiniaczone dłonie. W oczach Marka nadal była niesamowita i piękna. Wciąż przypominała mu srebrzystego anioła ze skrzydłami, który przybył mu na ratunek.

Wyszli z ostatniego sklepu, dziewczyna była wniebowzięta. W końcu dostała to czego pragnęła najbardziej. O dziwo sama sukienka nie kosztowała nawet tyle co połowa ich dzisiejszych zakupów. Mark zazwyczaj był oszczędny, nie potrafił związać końca z końcem, ale dzisiaj nie odczuł dyskomfortu z powodu wydanych pieniędzy. Czuł się wręcz znakomicie. Był Marry niesamowicie wdzięczy za pojawienie się w jego życiu. Kiedy mógł z nią porozmawiać o każdej błahostce, która go męczyła, a dziewczyna mimo swojego stanu zdrowia zawsze powiedziała mu parę słów otuchy. Chciał sprawić jej chociaż trochę radości tymi z pozoru zwykłymi zakupami, które tak naprawdę są w pewnym sensie pożegnaniem oraz podziękowaniem dla jego kochanej przyjaciółki.
Na zewnątrz nie pachniało wanilią. Od razu poczuł znów ten odrażający zapach płynów do podłóg i kosmetyków, światło nie było już przyjemnie żółte, a oczy znów zaczęły mu łzawić. Słychać było muzykę z radia jak to zawsze bywa w centrach handlowych. Puszczali właśnie znaną piosenkę z lat dziewięćdziesiątych, Mark pamiętał ją z dzieciństwa. Kiedy mama włączała radio w upalne, letnie wieczory, a on mógł się pobawić na dworze ostatni raz przed pójściem spać. Przypominał sobie to ciepłe powietrze i lekki wiatr, który przeczesywał mu włosy. Gdy bawił się w te dni w piaskownicy i patrzył na zachodzące słońce, które powoli chowało się nad horyzontem. Specjalnie rano wstawał, aby je powitać, tak jak wieczorem je żegnał.
Żałował. Żałował, że był takim naiwnym dzieckiem. Dzieckiem, które nie wiedziało jakie smutne chwile spotkają go w dalszym życiu. Był niewinny i zupełnie nie wykorzystywał szczęścia jakie było mu wtedy dane.
Marry pociągnęła go za rękaw bluzy i spojrzała w oczy. Jej dłoń powędrowała po siatkę z dopiero co zakupioną sukienką.
-Potrzymam, pewnie ci ciężko.-Było mu niesamowicie ciężko. Dziewczyna nie zdawała sobie sprawy jak ciężko na sercu było mu w tym momencie, ale i tak nie była w stanie pozbyć się tego ciężaru.
Wolną dłonią złapał towarzyszkę za nadgarstek i leciutko pociągnął w swoją stronę. Robił delikatne ruchy. Trzymał palcami jej kruche, zimne dłonie i pocałował je z czułością. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, lecz nic nie powiedziała. Torby z zakupami, które Mark wcześniej odstawił przewróciły się, jednak nie było to teraz ważne.
Stali tak przez chwilę, aż Mark zabrał jedną rękę z dłoni dziewczyny i położył ją na jej smukłej talii. Poczuł wystające kości, na których dotyk robiło mu się słabo. Drugą dłonią splótł ich palce, aby chociaż odrobinę ogrzać jej kruche ciało. Zrobił jeden krok w bok czym zasygnalizował przyjaciółce co ma zamiar następnie uczynić. Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona, jednak nie protestowała. Mark wykonał następny ruch, tym razem w przeciwną stronę. Marry próbowała naśladować jego kroki, na początku były one koślawe i pokraczne, jednak nim się zorientowali bujali się już w rytmie spokojnej muzyki. Ich gesty były jednakowe, jakby idealnie wpasowali się w rytm i uzupełniali wzajemnie swoje ruchy. Do przodu, w bok, do tyłu, znowu w bok i obrót, i tak w kółko. Dziewczyna podczas tańca położyła ręce na ramionach swojego kolegi i powoli przesuwała jedną dłoń w stronę szyi.
Muzyka dawno ucichła, ale oni nie przestawali tańczyć.

Wyglądała tak samo olśniewająco jak w dzień zakupów. Tak samo pięknie pasowała do jej niegdyś pełnych życia oczu, które teraz były zamknięte. Biały materiał jakim było wyłożone jej wieczne łoże idealnie wpasowało się w sukienkę. Jej twarz była spokojna, mógł przysiąc, że się wręcz uśmiechała. On również był szczęśliwy. Nie powinien, ale był. Marry nie zasłużyła na miejsce między innymi, zwykłymi ludźmi.
Delikatnie pogładził jej idealną, porcelanową twarzyczkę i ostatni raz dotknął jej smukłych dłoni.
Mark na zawsze pozostanie w przekonaniu, że dziewczyna była aniołem zesłanym dla niego od samego Boga.

 

Wiktoria Rajzyngier ze Szkoły Podstawowej w Żelistrzewie – III m-sce w kategorii proza w języku polskim

 

Schorowane królestwo

 

Zastanawiałeś się kiedyś, jak może wyglądać przyszłość? Zapewne tak. Jak ją sobie wyobraziłeś? Jako utopię, w której najbardziej niegodne prace wykonują bezmózgie roboty, a dni płyną powoli i beztrosko dla człowieka? A może jako świat zniszczony przez długie i brutalne wojny, dziury ozonowe i zanieczyszczenia? A co, jeśli powiem ci, że każda z tych wizji ma w sobie ziarno prawdy? Opowiem ci teraz historię. Czytaj powoli, skup się na każdym słowie. Nie ma się co spieszyć.
Wstawało właśnie słońce, swoimi promykami oświetlając wielkie, nowoczesne miasto. Maszyny sprzątające powoli kończyły swoje prace i schodziły z ulic, a w ich miejsce na chodniki wychodziły androidy patrolujące. Po chwili zaczęli pojawiać się ludzie, których trudno było odróżnić od maszyn. Chodzili tak samo sztywno, z tak samo zamglonymi i pustymi spojrzeniami, które nawet najpiękniejsze, wiecznie młode kobiety czyniły brzydkimi i nijakimi. Mimo ogromnej ilości ludzi, na ulicy panowała cisza, przerywana jedynie miarowym, wręcz marszowym tupotem stóp przyodzianych w identyczne, czarne buty, które wchodziły w skład obowiązkowego ubrania roboczego.
Około godziny 9:00 na chodnik wyszły dzieci zmierzające do szkoły. One, w przeciwieństwie do dorosłych, śmiały się, rozmawiały między sobą. Sprawiały wrażenie cieszących się każdą sekundą spędzoną z rówieśnikami. Godzinę po tym ulice opustoszały. Słychać było jedynie cichy świst wiatru.
Właśnie wtedy z jednego z domów wychylił się mały, czarnowłosy chłopiec. Rozejrzał się uważnie swoimi szarymi oczyma, maleńkimi dłońmi przytrzymując się framugi drzwi, po czym wyszedł na chodnik. Następnie przebiegł ulicę, po której o tej porze nie jeździły nawet rowery. Wszyscy byli w pracy, więc autobusom również nie opłacało się wtedy kursować. Gdy już znalazł się po drugiej stronie, zgrabnie wcisnął się między dwa budynki, po czym przedostał się na drugą stronę. Znalazł się w parku, który z pozoru wyglądał na piękny i naturalny. W rzeczywistości kwiatowe grządki, wyglądające jak z bajki, mające w sobie wszystkie kolory tęczy oraz zielone drzewa były tylko syntetycznym wytworem, mającym tylko stwarzać wrażenie prawdziwego piękna. Marko - bo tak nazywał się chłopiec - jako jeden z niewielu doskonale o tym wiedział. Jego babcia, która pracowała w najważniejszym z laboratoriów, wygadała się kiedyś przy rodzinnym stole. Jednakże nikt w rodzinie - poza chłopcem - jej nie uwierzył. Ludzie żyli w błogiej iluzji, że wszystko jest wspaniałe samo z siebie, tylko i wyłącznie ze względu na nich. Ta egoistyczna myśl towarzyszyła nawet najmłodszym.
Marko miał zaledwie osiem lat. Nie chodził jeszcze do szkoły (taki obowiązek tyczył się tylko dzieci i młodzieży w wieku od 10 do 16 lat), a i nie miał ochoty na siedzenie z robotyczną nianią od rana do wieczora. Rodzice wracali z pracy dosyć wcześnie, jednak chłopca to specjalnie nie cieszyło. Ich obecność zwiększała tylko stężenie dwutlenku węgla w powietrzu. Matka i ojciec go ignorowali. Nie czuli do niego nic poza symbolicznym przywiązaniem. W innych domach wszystko przebiegało praktycznie tak samo.
Przez tyle lat ludzie wyzbyli się uczuć, które przeszkadzały w doskonaleniu samego siebie i świata. Matki nie potrzebowały do szczęścia potomstwa, mężczyźni kobiet, kobiety mężczyzn. Ludzie stali się pustymi maszynami, od androidów różniącymi się tylko niewiele wyższym poziomem inteligencji, zdolnością do odczuwania satysfakcji oraz śmiertelnością, która i tak mogła być kwestionowana. Wysoko rozwinięta medycyna i technologia pozwalała ludziom żyć nawet tysiące lat, jeśli tylko ktoś by tego zapragnął. Złamana noga była czymś w rodzaju kataru, a lek na raka można było dostać w każdej aptece. Nie była nawet potrzebna recepta.
Wróćmy jednak do naszego bohatera. Chłopiec przebiegł wszystkie alejki, zatrzymał się dopiero przy stawie. Był on tak błękitny, że wyglądał jak z obrazka. Lilie wodne i pływające po tafli wodnej liście były rozmieszczone równomiernie, aby estetyka była na jak najwyższym poziomie. Woda zaś była tak czysta, że gdyby ktoś wrzucił do zbiornika kamień, byłoby go widać bez problemu, nawet gdyby staw był głęboki. Marko usiadł na kamieniu nad stawem, po czym zaczął karmić zażywające akurat kąpieli kaczki, kawałkiem chleba, który schował do kieszonki po śniadaniu. Z zafascynowaniem przyglądał się jedzącym ptakom. Zapewne zapytasz, dlaczego czuł się miło, kiedy pomagał, skoro ludzi tego świata interesowały tylko czubki ich własnych nosów? Otóż, nikt się z tym nie rodził. Bądź co bądź, to nadal byli ludzie. Znieczulicę nabyli w dzieciństwie. Najpierw pod okiem niań, następnie w szkołach, powoli mrożących ich serca i umysły. Marko nie chodził jeszcze do szkoły, a od niani uciekał w popłochu. Był inny niż reszta społeczeństwa. Jego serce było jeszcze gorące, nienaruszone i ludzkie.
W pewnym momencie chłopiec dostrzegł, że kaczka trzyma coś w dziobie. Ostrożnie, na brzuchu przeczołgał się do ptaka, po czym zabrał mu przedmiot. Okazał się on być niewielką, dziecięcą książeczką. Wyglądała na starą. Obrazki na okładce były wyblakłe i niewyraźne. Można jednak było odczytać tytuł napisany ozdobną czcionką. "Schorowane królestwo" - głosił napis. Marko rozsiadł się wygodnie na trawniku, poprawił luźne, białe spodenki, po czym zaczął czytać, słowo po słowie. Książka była wydrukowana, jednak w dziwny dla chłopca sposób. Literki były mniej ostre, niż w książkach które znał z domu. Bajka opowiadała o królestwie, na które pod nieobecność księcia rzucono urok. Sprawił on, że ludzie przestali się przyjaźnić i kochać. Każdy traktował każdego obojętnie i przedmiotowo. Kiedy książę powrócił na zamek, jego rodzice nawet go nie oczekiwali. Byli zimni, sprawiali wrażenie osowiałych. Młody monarcha strasznie się tym przejął. Przez całą noc zastanawiał się, co ma zrobić. Przeczytał każdą księgę z zamkowej biblioteki, nawet te najstarsze. W końcu odnalazł legendę o czarodzieju żyjącym w jaskini przy źródle górskim, który ponoć mógł rozwiązać każdy problem i zdjąć każdy urok. Wyruszył, kiedy tylko słońce wychyliło się zza horyzontu, a niebo przybrało barwę różu. Brnął konno wzdłuż brzegu strugi tak szybko, że piach spod kopyt jego rumaka przysłaniał mu momentami widoczność. W końcu dotarł do wąskiej doliny, po której przejechaniu ukazało mu się źródło strumienia. Tam ukazał mu się strażnik, który nakazał mu wykonać zadanie. Gdy królewicz wysłuchał jego polecenia i zrobił, co mu kazano, nareszcie dopuszczono go do siedziby maga. Ten zaś wysłuchał jego zmartwień, po czym zgodził się zdjąć czar z królestwa. Po powrocie księcia wszystko wróciło do normy, a królestwo znów biło ciepłem i serdecznością.
Marko przeczytał książeczkę jednym tchem. W pewnym momencie w jego małej, dziecięcej główce zrodziło się zrozumienie.
„ Na nasze miasto rzucono urok, dlatego mama i tata tacy są! „- pomyślał, po czym poderwał się z ziemi. Jego plany natychmiastowego wyruszenia w podróż pokrzyżowała jednak mechaniczna opiekunka, która zabrała go do domu na posiłek, a później już nie pozwoliła chłopcu opuścić mieszkania.
To jednak nie powstrzymało chłopca, ani też nie osłabiło jego zapału. Pod osłoną nocy, kiedy niania była wyłączona, a rodzice i babcia spali tak mocno, że nawet włamanie nie byłoby w stanie ich obudzić, Marko wymknął się z pokoju przez okno. W jego głowie widniał już dokładny plan i trasa. Po około trzech godzinach droga nadal się nie kończyła, wręcz przeciwnie. Dłużyła się niemiłosiernie, a młody bohater nie widział końca. Jednak się nie poddawał, ani nie chciał wycofać. Co jakiś czas przemywał sobie buzię wodą ze strumienia, aby nie tracić wigoru.
W pewnym momencie Marco zaczął słyszeć za sobą ciche, delikatne kroki. Przeszły go ciarki. Nie miał jednak odwagi, aby się odwrócić. Zaledwie minutę później kroki ustały, a zza pleców chłopca rozległ się spokojny, delikatny, dziewczęcy głos:
- Co ty tu robisz?
Chłopiec nabrał odwagi i odwrócił się. Za nim stała dziewczynka mniej więcej w jego wieku, jednak była ona odrobinę wyższa. Miała na sobie białą, prostą sukienkę, a jej blond włosy spięte były w dwa kucyki. Na jej ramieniu wisiała niewielka, dziecięca torebka.
- Szukam czarodzieja, aby pomógł mi odczarować ludzi - wyznał Marko czując, że może zaufać nieznajomej. Nie widział niebezpieczeństwa w swojej rówieśniczce. Dodatkowo od dziecka wmawiano mu, że androidy patrolujące obserwują wszystko. Dzięki temu słowo "przestępstwo" praktycznie wyszło z użycia. Dziewczynka zamarła.
- Ty też? - spytała szeptem.
Już po chwili okazało się, że są w podobnej sytuacji i mają ten sam cel. Okazało się też, że dziewczynka nosi imię Angelika. Zdecydowali się, by połączyć siły i kontynuować podróż razem.
O świcie dotarli do źródła strumienia. Zapukali w skałę cztery razy, jak nakazywano w historyjce. Z początku nic się nie działo, jednak po chwili ze skały wyłonił się niezwykły stwór. Wyglądał jakby był zbudowany z tego, z czego się wynurzył.
- Czego chcecie? - spytał grubym, niskim i nieco groźnym głosem. Dzieci chwilę zwlekały z odpowiedzią. Patrzyły po sobie, jakby dyskutując w myślach, które z nich ma odezwać się jako pierwsze. W końcu wypadło na dziewczynkę.
- Przyszliśmy porozmawiać z czarodziejem - odparła drżącym głosem.
- Tylko jedno z was będzie mogło przejść dalej. Drugie zaś będzie musiało zostać strażnikiem w moje miejsce, do czasu, aż zjawią się kolejni podróżnicy. Dokonajcie wyboru między sobą - skalna istota wtopiła się z powrotem w górę. Zapadła cisza.
- Ty idź, - odezwał się chłopiec - jesteś ode mnie mądrzejsza, masz większe szanse by go przekonać... Mimo, że dygotał ze strachu, starał się myśleć racjonalnie. Uznał to za najlepsze możliwe wyjście.
- A... Ale Marko! Przestań tak mówić. Ja zostanę - odparła stanowczo.
- Nie boję się zostać tutaj. Nie mam nic do stracenia.
Dziewczynka nie chciała, aby chłopiec się za nią poświęcał. Nie czułaby się z tym dobrze. Mimo, iż dzieci nie mogły tego wiedzieć, zarówno strażnik, jak i sam czarodziej przyglądali się ich poczynaniom.
W końcu dzieci doszły do wniosku, że nie są w stanie wybrać. Ze skały ponownie wyłonił się strażnik. Padło pytanie, które z nich zostaje, a które idzie dalej. Uparta Angelika odparła, że Marko idzie dalej, zanim jeszcze chłopiec zdążył się odezwać.
Wtedy już nie było odwrotu. Dziewczynka została, zaś Marko przeszedł dalej. Skalna istota chwyciła chłopca za drobną rączkę, po czym po prostu przeszła z nim przez skałę, jakby w ogóle jej tam nie było. Oszołomiony chłopiec znalazł się w ciemnej jaskini. W jego nozdrza uderzył zapach wilgoci i stęchlizny. Z każdym krokiem paradoksalnie stawało się coraz przyjemniej. Robiło się cieplej, a na ścianach - najpierw rzadko, w małej ilości, później coraz gęściej - rozbłyskiwały różnokolorowe, błyszczące i świecące kryształki. Nieprzyjemny zapach został zastąpiony delikatną wonią prawdziwych, polnych kwiatów. Marko momentalnie poczuł się jak w domu, mimo że nigdy tam nie był. Przyglądał się z zafascynowaniem światełkom. Kojarzyły mu się z maleńkimi wróżkami trzepoczącymi swoimi maleńkimi skrzydełkami.
W końcu stanęli przed grubą, potężną, karmazynową kurtyną. Strażnik wszedł za nią, wcześniej nakazując chłopcu pozostać w miejscu. Po chwili ponownie wyłonił się zza zasłony i przywołał chłopca do siebie gestem wielkiej, potężnej dłoni. Marko posłusznie przeszedł na drugą stronę. Jego oczom ukazał się niewielki i skromny pokój. Pod ścianami stały półki i regały wypełnione po brzegi książkami, na środku pomieszczenia zaś znajdował się stół, przy którym siedział młody, w miarę przystojny mężczyzna. Przyglądał się chłopcu z badawczym uśmiechem. Sprawiał wrażenie osoby miłej, aczkolwiek skrytej i tajemniczej.
- Czy jest pan czarodziejem? - spytał zdezorientowany chłopiec. Osoba, którą zobaczył całkowicie odbiegała od jego wizji czarodzieja, jako staruszka z siwą, długą brodą, przyodzianego w purpurową szatę. Wyglądał zaskakująco... Zwyczajnie.
- Tak, ja nim jestem - uśmiechnął się nieco szerzej i serdeczniej. - Siadaj, siadaj. Nie musisz mówić, po co przyszedłeś. Wszystko już wiem.
Marko posłusznie usiadł na drugim krześle, które nagle pojawiło się po drugiej stronie okrągłego stolika.
- Czyli... Pomoże pan? - spytał chłopiec z nadzieją i iskierkami w oczach. Zaciskał dłonie na krawędzi swojej koszulki, chcąc się uspokoić.
- Bardzo bym chciał, jednak... Nie mogę nic zrobić. Jest już za późno.
W oczach chłopca zebrały się łzy.
- Aaa... Ale jak to? - maleńkie kropelki spływały po jego policzkach.
- Dla tego świata nie ma już nadziei. To nie urok go zniszczył. Zrobili to ludzie we własnej osobie. Nie szanowali wartości, które są w życiu najważniejsze i czynią nas ludźmi. Nie ma już ratunku. Nawet moja magia nie pomoże tej tragedii...
Marko spuścił wzrok:
- Na pewno nie da się tego w żaden sposób naprawić?
Czarodziej zamyślił się. Przez chwilę zapanowała grobowa cisza, przerywana tylko spokojnym, ale głośnym oddechem maga.
- Właściwie... Jest jeden sposób.
Chłopiec prawie poderwał się z miejsca na te słowa. - Jednak nie gwarantuję, że zadziała.
- Jaki to sposób? - chłopiec był gotów poświęcić wszystko, aby naprawić świat. Pragnął dobra, chciał poznać dobrych ludzi. Chciał zaznać miłości.
- Wyślę cię w przeszłość, do czasów, w których szkody były jeszcze do naprawy. Nie umiem wysłać cię tam, gdzie szkód nie było. To wykracza poza moje umiejętności. Jednak w tamtej wersji świata będziesz mógł to naprawić. Mimo tego, że jesteś tylko pojedynczym dzieckiem, kiedy dorośniesz, będziesz mógł dokonać wielkich rzeczy... Masz szansę zrobić wiele, jeśli tylko się nie poddasz.
I na tym historia się kończy. Spytasz mnie pewnie, co dalej? Cóż, Marko przystał na propozycję. Zgodził się poświęcić wszystko co ma, dla czegoś, co nie ma nawet gwarancji powodzenia! Jedyne co możemy dla niego teraz zrobić, to zastanowić się, czy na pewno chcemy doprowadzać do tej smutnej wizji przyszłości? Chcemy?
Dopowiem jeszcze, co stało się z Angeliką. Wróciła do domu. Dlaczego? Zadanie było tylko próbą. Gdyby kłócili się o to, które ma iść do przodu, a nie o to, które zostanie, byłaby to wielka różnica, prawda? W pierwszym przypadku byłoby to oznaką egoizmu, w drugim, zdolnością do poświęcenia, a co za tym idzie, dobrego serca.